Zestaw startowy Indigo - manicure hybrydowy w domowym zaciszu


Mamy na polskim rynku kilka bardzo znanych marek lakierów hybrydowych i większość z nich ma w swojej ofercie zestawy startowe, zawierające wszystkie niezbędne przybory do samodzielnego wykonania manicure hybrydowego. Osobiście uważam, że to świetna opacja na początek swojej przygody z lakierami hybrydowymi. Już niedługo, taki zestaw pojawi się również w odercie marki Indigo. Nie jest to jednak pudełko będące kolejną kopią innych firmy. Zestaw Indigo zdecydowanie się wyróżnia i znajdziemy w nim prawdziwe cuda. Jeśli macie ochotę podejrzeć co takiego tam będzie, to zapraszam!

Większość dostępnych do tej pory zestawów startowych zawiera wszystko, co jest nam potrzebne do zrobienia manicure gybrydowego. Znajdziemy tam lampę, bazę top coat, lakier kolorowy i wszystkie niezbędne przyboty. I tym właśnie wyróżnia się zestaw od Indigo - tam, poza niezbędnymi porduktami, znajdziemy znacznie więcej!


Wszystko przychodzi do nas w pięknym, biało-różowym pudełku. Ale nie ono jest najważniejsze, a jego zawartość. W środku znajdziemy nie jeden, a 3 lakiery kolorowe w odcieniach Witamin C, Chic Nude oraz Ibiza Chill z kolekcji Natalii Siwiec. Oprócz tego dostaniemy też bazę Protein Base oraz dwa rodzaje top coatów - Dry Top oraz Crystal Top Coat.

Removable Protein Base - przełomowe odkrycie w walce ze słabymi i zniszczonymi paznokciami.
Baza po brzegi wypełniona proteinami, które odżywają i wzmacniają Twoją płytkę. Zaczyna chronić nasze paznokcie automatycznie po wyciągnięciu ręki z lampy. Przywraca jej zdrowy i promienny wygląd.
Delikatna formuła jest w 100% bezpieczna dla naturalnej płytki. Baza chroni zniszczoną płytkę przed czynnikami zewnętrznymi oraz urazami mechanicznymi.
Chcesz, aby hybryda trzymała się na miękkich elastycznych paznokciach? Baza Protein usztywnia paznokcie i sprawia, że są one twarde i ultra wytrzymałe.Wyjątkowe właściwości bazy pozwalają na przedłużenie łoża paznokcia, odbudowanie uszkodzonej płytki, delikatne nadbudowanie krzywej C oraz korektę nierówności płytki paznokcia. Dzięki swojej konsystencji aplikacja Protein Base jest niezwykle prosta.
Baza jest całkowicie rozpuszczalna w Removerze.
Gęsta konsystencja pozwala na przedłużanie paznokci o 3mm 



Znajdziemy tam również biały żel w pędzelku oraz pięknie pachnącą oliwkę do skórek z wygodną pipetką. To jednak jeszcze nie wszystko i w lakierowych buteleczkach dostaniemy również Cleaner oraz bezkwasowy primer, który przedłuży trwałość naszego manicure.

Indigo Free Acid Primer
Preparat obowiązkowy dla każdej stylistki! Nie zależnie czy wykonujesz paznokcie żelowe, akrylowe czy manicure hybrydowy Free Acid Primer jest niezastąpiony !!
Jest bezwonny i delikatny dla płytki, pozwala pracować nawet na bardzo zniszczonej płytce. 
Jeżeli paznokcie Twoich klientek są osłabione przez długotrwałą stylizację to Free Acid Primer jest właśnie dla Ciebie. 
Chroni stylizację przez zapowietrzeniami oraz przed liftowaniem produktu w trakcie jego nakładania. 
Bezkwasowa formuła, która nie szczypie ani nie podrażnia. 
Bardzo mocno wiąże płytkę z bazami hybrydowymi oraz żelowymi. 


Start Set zawiera też oczywiście małą, poręczną lampę zasilaną na prąd. Poza tym w zestawie znajduję się podstawowe przybory, takie jak Cleaner, Remover, ręczniczek, folie do ściągania hybryd, pilniczki, polerki, waciki bezpyłowe i drewniane patyczki do odsuwania skórek. 


Sporo tego, prawda? A to jeszcze nie koniec! Wisienką na torcie są słynne metal manixy marki Indigo. I to nie jeden, ani nie dwa, ale aż trzy różne odcienie! I to w towarzystwie klasycznej syrenki. 

Co myślicie o tym zestawie? Też uważacie, że przewyższa on konkurencję? Moim zdaniem zdecydowanie ;)

Jak robić bardziej przemyślane zakupy kosmetyczne i uniknąć wpadek


Nie jestem (niestety) przykładem minimalistki, choć moim zdaniem minimalizm dla każdego może oznaczać coś innego. Wyrobiłam sobie jednak kilka nawyków, które umożliwiają mi robienie bardziej przemyślanych zakupów, zwłaszcza w kwestii kosmetycznej, ale nie tylko. Nie mam dla Was żadnych odkrywczych rad, o wszystkich na pewno wiecie, ale wiedzieć a stosować to jednak różnica. Dlatego właśnie dzisiaj o kilku krokach, które warto zrobić przed zakupem, aby był on przemyślany i dobrze dopasowany do naszych potrzeb.

Szczoteczka soniczna z Biedronki - Beauty Line


Odkąd mam Instagrama, poza podziwianiem zdjęć zyskałam coś jeszcze - jeśli tylko w sklepach ma się pojawić coś ciekawego, wiem o tym jako jedna z pierwszych! Dziewczyny są niesamowite i dzielą się swoimi znaleziskami z gazetek reklamowych. A nawet jeśli nie dowiesz się wcześniej, to i tak za chwilę zaleje Cię fala zdjęć z już kupionym przedmiotem. Trzeba przyznać, czasem ciężko się powstrzymać, żeby nie pobiec do sklepu po swoją sztukę ;) Podobnie było ze szczoteczką soniczną z Biedronki, widziałam kilka zapowiedzi, ale po średnio udanym spotkaniu z jej poprzednikiem (wersja a'la Clarissonic) nie byłam do końca przekonana. Ale jak zobaczyłam ją w sklepie, wiedziałam, że muszę dać jej szansę i wylądowała w koszyku. Dziś podzielę się z Wami moimi pierwszymi wrażeniami!



Szczoteczka posiada 2 prędkości drgań, a producent obiecuje, że jest ich aż 8000 na minutę. Zasilamy ją dwoma bateriami AAA. Urządzenie to nie jest wodoodporne, więc należy na to uważać, a producent zaleca też suszenie jej po rozłożeniu i wyjęciu baterii. 

Szczoteczka jest szpiczasta i jakby kopnięta w jedną stronę. Dzięki temu dziubkowi można idealnie dotrzeć w niektóre miejsca na twarzy - np boki nosa czy skronie. Początkowo wydawała mi się twarda i jakby mało elastyczna, ale po kilka użyciach się przyzwyczaiłam. Od miesiąca używam jej codziennie przy wieczornym oczyszczaniu twarzy i muszę szczerze przyznać, że efekty mnie zaskoczyły.


Skóra jest idealnie oczyszczona i bardzo gładka, trochę jak po peelingu machanicznym, ale "zabieg" jest dużo mnie inwazyjny. Nie ma żadnego podrażnienia. Swoją drogą w owym miesiącu nie robiłam zwykłego peelingu ani razu, nie czuję zupełnie takiej potrzeby. Wydawało mi się, że dobrze oczyszczam skórę twarzy, ale teraz mam mieszane uczucia. Ciężko taki efekt osiągnąć myjąc twarz samymi dłońmi. Zauważyłam też lekką poprawę stanu mojej cery, ale z osądami jeszcze się wstrzymam do czasu dłuższego używania.


Jak już wspomniałam, szczoteczka nie jest wodoodporna i powinno się ją suszyć po wyjęciu baterii, ale ja po użyciu myję ją pod wodą i wycieram ręcznikiem, dzięki czemu nie muszę jej codziennie otwierać.

Nie da się ukryć, że Beauty Line jest inspirowana słynną szczoteczką Foreo, ale oryginału nie miałam (choć nie powiem, bardzo bym chciała!), więc nie mam porównania. Ta była dostępna w 4 kolorach i kosztowała ok 32zł.

Skusiłyście się na tą szczoteczkę? Ja zakupu absolutnie nie żałuję! Znając Biedronkę pewnie za jakiś czas znowu pojawi się w ofercie - będziecie polować czy to dla Was zbędny gadżet? ;)

Trochę bardziej prywatnie - kilka faktów o mnie


Prywaty tu u mnie tyle co kot napłakał, choć sama bardzo lubię dowiadywać się czegoś więcej o osobach, których "śledzę" w internecie. Pomyślałam więc, że może i Wy chętnie byście poznały mnie odrobinę lepiej! Moją inspiracją była ponownie Aga, która niedawno opublikowała podobny wpis u siebie. Dziś ja mam dla Was kilka faktów o mnie i mam nadzieję, że dowiem się też czegoś o Was.  Jak spotkanie przy kawie. Poznajmy się!

Samoopalacz, który chroni i odżywia skórę - Vita Liberata Marula Self Tan Dry Oil SPF 50


Kiedy pokazałam Wam ten olejek w czerwcowych nowościach wiele z Was była nim zaciekawiona. I wcale się nie dziwię, bo ja sama nie mogłam się doczekać aż zacznę go używać. W końcu producent obiecuje nam opaleniznę, odżywienie i ochronę preciwsłoneczną zamknięte w jedej buteleczce. Istny ideał! A czy faktycznie taki jest? Po odpowiedź zapraszam do dalszej części ;)



Orzeźwiająca i lekka konsystencja olejku posiada wiele cennych właściwości które są doskonałym uzupełnieniem przy wyjątkowej opaleniźnie. East African Marula Oil jest 4-krotnie bardziej nawilżający niż olejek arganowy oraz zawiera 4 razy więcej witaminy C niż pomarańcze. 
Tahitian Monoi Oil odbudowuje skórę i dogłębnie ją nawilża. Technologia pHenO2® nadaje stopniową i naturalnie wyglądającą opaleniznę, która już po jednej aplikacji utrzymuje się nawet 4-krotnie dłużej niż po zastosowaniu innych produktów samoopalających. Certyfikowane składniki organiczne odżywiają i pielęgnują skórę zapewniając równocześnie szerokie spektrum ochrony SPF 50. 
Jak używać ? 
Olejek możesz używać przed wakacjami aby zapewnić sobie długotrwałą naturalnie wyglądającą opaleniznę oraz w czasie ekspozycji na słońce w celu najwyżej ochrony przed promieniowaniem UVA i UVB. 
„Marula Self Tan Oil został stworzony aby otulić skórę luksusowymi suchymi olejkami oraz nadać jej naturalny blask opalenizny równocześnie zapewniając jej wysoką ochronę przed promieniowaniem” Alyson Hogg – właścicielka marki.
Skład: Dihydroxyacetone Octocrylene Marula Octinoxate Octocrylene 9%, Octinoxate 6.8%, and Avobenzone 3%: Sunscreen. Water, Dihydroxyacetone, Glycerin, Sclerocarya Birrea Seed Oil, Mica, Cymbopogon flexuosus (Lemongrass) oil, Cucumis Sativus (Cucumber) Extract, Citrus aurantium amara (Bitter orange) flower oil, Dimethyl isosorbide, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Caramel, Tin oxide, CI 77491 (Iron oxides), Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Gardenia Taitensis Flower Extract, Sorbitol, Sodium Citrate, Silica



Muszę przyznać, że nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Na samym początku przeraził mnie kolor olejku - bardzo ciemny, chłodny brąz. Po roztarciu okazało się jednak, że traci na intensywności. Mimo wszystko kolor był dość mocno chłodny, a moja skóra jest żółtawa, więc wyglądało to trochę nienaturalnie. Ale nie poddałam się, nałożyłam olejek na całe ciało (za pomocą gąbczastej rękawicy tej samej marki) i poszłam spać. I pokochałam go dopiero rano. Ujrzałam wtedy piękną, delikatną i już nie tak bardzo chłodną opaleniznę. Wyglądała naprawdę naturalnie, a może nawet i lepiej. Przy nakładaniu kilka dni pod rząd opalenizna delikatnie się pogłębia i przedłuża się jej trwałość. Dodatkowym atutem jest brak typowego, samoopalaczowego smrodku. Delikatny zapach jest na skórze wyczuwalny, ale nie jest nieprzyjemny i mocny, jak to często bywa przy kosmetykach tego typu. Kolor, o którym wspomniałam również uważam za plus. Dzięki temu łatwiej go rozprowadzić bez smug, bo go widzimy.


Jak wiecie, uwielbiam piankę Vita Liberata, ale olejek w pewnej kwestii ją przewyższa. Jak wiadomo przed nałożeniem samoopalacza sugerowane jest, aby skóry nie była niczym nawilżana. A w przypadku olejku, nie robi to żadnej różnicy, bo sam w sobie delikatnie nawilża. Rano skóra nie jest zupełnie przesuszona czy ściagnięta. Dodatkowym atutem jest oczywiście wysoki spf, dzięki któremu możemy jednocześnie chronić skórę przed słońcem i nadal mieć ładną opaleniznę. Same przyznajcie, że to rozwiązanie praktycznie idealne ;) Olejek posiada też w sobie delikatne drobinki, które łądnie odbijają światło.

Jedyny minus jaki widzę w tym produkcie to cena, bo musimy za niego zapłacić aż 165zł. Otrzymujemy jednak produkt uniwersalny i nietuzinkowy. Nie spotkałam się jeszcze z kosmetykiem, który jednocześnie odżywiałby skórę, chronił ją przed słońcem i nadawał piękną opaleniznę. Ten olejek to zdecydowanie udany eksperyment!

Dodatkowo, jak przystało na markę Vita Liberata, skład to w żadnym wypadku sama chemia! Znajdziemy tu tytułowy olejek marula, ale też olejek z trawy cytrynowej, ekstrakt z ogórka, olejek eteryczny z neroli, olej kokosowy oraz olej monoi.

Podumowując, jestem z olejku niesamowicie zadowolona. Nadaje skórze piękny, naturalny odcień a jednocześnie jej nie przesusza. Dla mnie to prawidziwy hit!


Jestem wielką fanką kosmetyków Vita Liberata! Znacie ich produkty? A może coś Was szczególnie kusi? Dajcie znać ;)

Korektor idealny? Liquid Camouflage od Catrice


Było o nich swego czasu bardzo głośno, przez wiele dziewczyn okrzyknięte ulubieńcami. Długotrwałe, dobrze kryjące… ideały? Tak można by myśleć, czytając coraz to nową, pozytywną recenzję. Bardzo dużo zostało już o nich powiedziane, ale mam ochotę dorzucić do tego moje 5gr. Jeśli macie ochotę poczytać, to zapraszam ;)

Miałam niemały problem, żeby kupić te maluchy. Nie wiem ile razy zaglądałam do drogerii i zawsze to samo - puste miejsce w szafie Catrice. Powoli zaczynałam wtpić, czy aby w ogóle jeszcze się pojawi. Ale w końcu przypadkiem wpadłam na kolor 20, a po jakimś czasie dokupiłam jeszcze 10. I tak oto stałam się posiadaczką całej gamy kolorystycznej korektorów Liquid Camouflage. I może od niej właśnie zacznę. 

Muszę przyznać, że kolory korektorów są dla mnie sporym rozczarowaniem. Numer 10 jest jasny, ale wpada w różowo-szare tony. Zupełnie nie współgra z moją jasną, żółtawą cerą. 20 jest namiost beżowo-żółta, nawet lekko brzoskwiniowa, ale dość ciemna. Oba kolory też mocno oksydują. Pierwszy robi się jeszcze bardziej szarawy, a drugi po prostu ciemniejszy. Co ciekawe, w moim przypadku ciemnieją na twarzy, ale już nie zauważyłam tego pod oczami. Z tego też względu używam ich wbrew pozorom trochę odwrotnie - ciemniejszy pod oczami (jego kolor bardzo fajnie neutralizuje zasinienia) a jaśniejszy na niedoskonałości (pod podkład, w innym wypadku kolor by się odcinał).

Ciężko było mi złapać dobrze to na zdjęciu, ale mam nadzieję, że widać choć trochę jak zmieniają się kolory po chwili kontaktu ze skórą. 

Korektory mają faktycznie dobre krycie, choć nie rewelacyjne. Mi na co dzień zupełnie wystarcza, ale jeśli szukacie czegoś, co zakryje każdy problem, to nie będzie to dobry wybór. Można je jednak delikatnie zwiększyć, gdy po nałożeniu pozwolimy mu lekko wyschnąć (wystarczy chwilkę odczekać) i dopiero wtedy go wklepiemy. Ale jeśli nie macie mocnych przebarwień czy silnych cieni pod oczami, to spokojnie da sobie radę. 

Warto jednak zacząć od dobrej pielęgnacji. Są to korektory zastygające, a te mają w zwyczaju przesuszać. Dobry krem pod oczy to będzie podstawa, choć i wtedy skóra w tych rejonach może wygladać dość sucho po kilku godzinach noszenia makijażu. Na skórze całej twarzy tego nie zauważyłam, ale jeśli macie jakieś przesuszone partie, to lepiej go sobie tam odpuścić, bo tylko to podkreśli (ale jak zresztą każdr korektor).

Opakowanie jest standardowe, "błyszczykowe". Lubię takie rozwiązania, mamy precyzję w aplikacji i nie trzeba grzebać paluchami. W cenie ok 15zł dostajemy 5ml produktu.

Podsumowując, mimo wszystko jestem z tych korektorów zadowolona, choć z pewnością nie są bez wad. Największym minusem jest moim zdaniem uboga kolorystyka oraz fakt oksydowania na skórze. Poza tym to naprawdę dobre kosmetyki.

Znacie te sławne już korektory? Macie podobne zdanie, czy może zupełnie się ze mną nie zgadzacie? 

Peeling skóry głowy - dlaczego warto go wykonywać


Wiele kobiet wykonuje peeling całe ciała, jeszcze więcej peelinguje regularnie twarz. Część z nas robi też regularnie peeling dłoni, stóp czy ust. A skóra głowy? Mam wrażenie, że nadal bardzo często jest pomijana i zapominamy, że to też skóra, którą warto co jakiś czas złuszczyć. Wbrew pozorom nie jest to jedynie "widzimisię" włosomaniaczek, przy regularnym wykonywaniu takiego peelingu nasza skóra głowy może wiele zyskać. Jeśli więc nadal nie ma tego kroku w Waszej peilęgnacyjnej rutynie, to zapraszam do dalszej części!